O błogosławionych zawałach serca, cudzie uzdrowienia i pełnym życia osiemdziesięciolatku z o. Josephem Billem rozmawia Marcin Jakimowicz
Nowe serce ojca Billa

o. Joseph Bill – misjonarz ze Zgromadzenia św. Wincentego ŕ Paulo. Od 1976 roku, gdy po dwóch zawałach serca cudownie odzyskał zdrowie, jeździ po świecie i posługuje modlitwą o uzdrowienie

Marcin Jakimowicz: Jest Ojciec żywym przykładem słów Ezechiela: „dam wam serce nowe”. Takich ludzi nie spotyka się codziennie na ulicy…
Joseph Bill: – Tak (śmiech). Rzeczywiście otrzymałem nowe serce. W 1976 r. miałem dwa zawały serca. Przeżyłem cudem, mimo że lekarze nie dawali mi żadnych szans…

Musiał być Ojciec przedtem bardzo aktywny. A może nerwowy?
– Ooo, tak. Byłem dynamiczny, ciągle w akcji.

Czy wierzył Ojciec, że modlitwa może przynieść zdrowie?
– Nie. Kompletnie w to nie wierzyłem. Pełniłem ważną funkcję: byłem zarządcą w swoim zgromadzeniu. A to oznaczało: money and power. To władza i pieniądze powodowały, że oddalałem się od Jezusa. Czerpałem garściami przyjemności tego świata, a Bóg widział, że jak tak dalej pójdzie, to zostanę bardzo złym, letnim księdzem. Bóg mnie kocha i dlatego zdecydował się przemienić moje życie i dał mi… dwa zawały serca. To była Jego miłość, ale wtedy o tym nie wiedziałem.

Po Mszy św. upadłem nieprzytomny. Zawieziono mnie do olbrzymiego szpitala, a lekarze bezskutecznie starali się przywrócić mi przytomność. Leżałem przez trzy dni. Ci, którzy mnie odwiedzali, byli pewni, że umieram. Płakali i modlili się. A ja czwartego dnia otworzyłem oczy. Zdumiałem się, bo w pokoju było sporo ludzi. Nade mną pochylał się lekarz. Co się stało? Smutny odparł: Ojcze, EKG wykazało, że miałeś dwa silne zawały, widzę, że nadchodzi trzeci, śmiertelny. Leż, nic nie mów, nie ruszaj się, bo umrzesz. Więc leżałem bez ruchu przez… 45 dni.

Bolesne doświadczenie pustyni…
– Tak. Ogromne oczyszczenie. Po 45 dniach usłyszałem, że udało się uciec od trzeciego zawału. Lekarz powiedział: Ojcze, pomału wracaj do domu, ale musisz o siebie dbać, zażywać lekarstwa. Nie możesz, broń Boże, nauczać, nie chodź po żadnych schodach. A ja dziś nauczam i codziennie chodzę po wysokich schodach i nic mi się nie dzieje (śmiech). Ale wtedy myślałem, że umrę. Przygotowywałem się do dobrej śmierci. I wówczas odwiedził mnie znajomy ksiądz. Powiedział, że organizowane są pierwsze rekolekcje charyzmatyczne w Kerali, w Indiach. Nie byłem do tego jakoś przekonany, ale pomyślałem: pojadę, zobaczę. Usłyszałem, że pod koniec ma być modlitwa o uzdrowienie. Pomyślałem: to niezły pomysł zostać uzdrowionym. Zapisałem się.

Było nas 163 księży i dwóch biskupów. Ostatniego dnia klęknąłem przed biskupem, a on nałożył na mnie ręce i modlił się. Przeżyłem szok. Nie widziałem już kapłana, widziałem Jezusa zmartwychwstałego. Żywy Jezus stał przede mną, modlił się i dotykał mnie. Czułem się niezmiernie szczęśliwy. Pobiegłem do lekarza na badania. Wszystko skrupulatnie sprawdził i zdumiał się: nie ma śladu zawału. Masz nowe serce. Co zażywałeś? – Nie brałem lekarstw! To biskup modlił się o moje uzdrowienie. Lekarz był chrześcijaninem, ale nie mógł uwierzyć. Drapał się po głowie: czy to możliwe, by wyleczyć się przez modlitwę? Nie! Powtórzymy badania. Powiedziałem: Bóg, który stworzył moje serce, mógł je odtworzyć na nowo. Jeśli może mnie stworzyć, może mnie na nowo odtworzyć. Zrodziła się we mnie żywa wiara w Jezusa, który żyje, dotyka, uzdrawia.

W Biblii znajdujemy trudne słowa: „Pan nas zranił i Pan też uleczy”. Buntujemy się, słysząc o Bogu, który rani…
– A jeśli to jedyne lekarstwo?

Niezbyt przyjemne…
– Tak. Ale konieczne. Tak było w moim przypadku. Oddalałem się od Jezusa, a Bóg chciał mnie zbawić i przepisał lekarstwo: dał mi dwa zawały (śmiech). Bóg wie, co jest dla mnie dobre. Tylko choroba serca była w stanie mnie zmienić. To była Jego miłość. Bóg widział, że się staczam i staję się złym księdzem, i zainterweniował.

Lekarz był zdumiony: ojcze, rzeczywiście zostałeś uzdrowiony! Takie rzeczy w medycynie się nie zdarzają! Uwierzył w żywego Boga i towarzyszył mi, gdy jeździłem i opowiadałem o tym, co mnie spotkało. Pobiegłem do przełożonego: „Bóg uzdrowił mnie z zawału, nie chcę już być zarządcą, chciałbym nauczać o Jezusie, który mnie dotknął”, ale przełożony też mi nie uwierzył (śmiech) Powiedział: uważaj na siebie, nie przemęczaj się, gdy zaczniesz nauczać, umrzesz. I nie wierz żadnym charyzmatykom! Odpowiedziałem: – Czy człowiek po zawale może wdrapać się na stromą górę? – Nie. – A ja ci udowodnię i wejdę na sam szczyt. Wdrapałem się i zszedłem, cały i zdrowy. Wtedy nawet przełożony uwierzył (śmiech). Powiedział: możesz oddać się głoszeniu słowa.

Chciałem zgłębiać temat uzdrowienia przez wiarę. Pojechałem do Stanów, by studiować na uniwersytecie w Pittsburghu. W kościele w Bostonie odbywała się modlitwa i tam po raz pierwszy modliłem się o uzdrowienie. Przywieziono sparaliżowanego na wózku, a ludzie powiedzieli: ojcze, pomódl się nad nim. Nigdy nie modliłem się nad chorym. To był mój pierwszy raz. Usłyszałem w sercu delikatny głos Jezusa: powiedz mu, żeby wstał i chodził. Nie miałem wątpliwości, wiedziałem, że ten Jezus, który odtworzył moje serce, może to uczynić….

Wypowiadając słowa „wstań i chodź”, nie wątpił Ojciec? Można się było nieźle wygłupić…
– Nie, nie bałem się. Zawierzyłem tej myśli. Powiedziałem: „W imię Jezusa, wstań i chodź” i sparaliżowany wstał. To był wstrząs. Mimo że miałem wiarę, rozpłakałem się. Dotknąłem cudu, uwierzyłem na całego.

Nie uderzyła Ojcu do głowy woda sodowa? Myśl, że stał się Ojciec właśnie jakimś guru?
– Nie. To sprawiło, że stałem się bardziej pokorny (śmiech). Kanadyjczycy obwozili mnie po kraju. Widziałem, jak Jezus dokonał wielu uzdrowień. Jak w Jerozolimie 2000 lat temu. Powiedziałem: Panie, oddaję Ci nie tylko ręce i usta, ale każdą komórkę mojego ciała i każdą sekundę życia. Posłuż się mną, jak chcesz.

Każdego tygodnia głoszę sześciodniowe rekolekcje o uzdrowieniu: ciała, psychiki i duszy. Jezus i dziś pragnie uzdrowić nas od wszelkiego rodzaju chorób. Dlatego założył Kościół. Pragnie, by Jego misja trwała w Kościele. W Kerali w Indiach założyliśmy dom rekolekcyjny. Co tydzień przyjeżdża tam od trzydziestu do pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Nawet hindusi i muzułmanie słuchają słowa Bożego, a widząc cuda, zaczynają głosić w Indiach Jezusa Chrystusa! Mimo że mam już prawie osiemdziesiąt lat, jeżdżę po całym świecie. A od 1976 roku nie choruję.

Wielką tajemnicą jest to, że Bóg nie uzdrawia wszystkich. Co Ojciec mówi tym, u których nie znikają nowotwory, którzy nie potrafią wstać z wózków…
– Mówię: uzdrowienie jest procesem. Niektórzy doświadczają go natychmiast, jeśli mają wiarę. Niektórzy nie zostają uzdrowieni. To Jezus jest Bogiem. Kim jestem, by Go pytać, dlaczego mnie nie uzdrawia? On wie lepiej. Czasami uzdrowienie może być dla nas niewskazane. Bóg uzdrawia po to, by zbawić duszę. Niektórzy ludzie po uzdrowieniu wracają do swych grzechów. W Afryce modliłem się za chorych na AIDS. Wielu zostało uzdrowionych, ale nie wszyscy. Może oni po uzdrowieniu wróciliby do grzechu? Bóg wie lepiej. A poza tym cierpienie ma też ogromne znaczenie. Jezus cierpiał, by nas zbawić. Bóg wybiera niektóre osoby po to, by cierpiały: o. Pio, Małą Tereskę…

Gdy przyjeżdżali do Polski o. Tardif czy siostra McKenna, ludzie przychodzili „na uzdrowicieli”. Nie pomagały wyjaśnienia, że uzdrawia Bóg…
– Tak jest. Ale pocieszam się tym, że do Jezusa też ludzie podchodzili jak do cudotwórcy. Dla wielu najważniejsze jest zdrowie ciała. Zapraszam ich wtedy na rekolekcje oparte na słowie Bożym. Wiara rodzi się ze słuchania. W Nazarecie Jezus nie potrafił nikogo uzdrowić, bo ludzie widzieli w Nim jedynie syna cieśli. Był bezradny.

Czy nie czuje się Ojciec jak kruche naczynie? W każdej chwili Bóg może zabrać ten charyzmat…
– Jasne. Może wszystko zabrać. Na razie się mną posługuje, sprawia, że nie choruję i jestem na nogach od świtu do nocy. Mam bardzo napięty terminarz, zajęty na najbliższe lata. Gdy moi pomocnicy ubiegają się o wizy, często załamują ręce: nic się nie da zrobić! Uspokajam ich: zostawcie to, to Jego problem. I w ostatniej chwili udaje się zawsze załatwić wizę. To taka mała lekcja zawierzenia