WSPOMNIENIE Z PODRÓŻY DO UGANDY | ENTEBBE | MASAKA | DE PAUL BOYS HOME


Wspomnienie z podróży do Ugandy

Data: 28 maja 2009

10-19 marca 2009
Beata Lahey, tłumacz i koordynator ”Rekolekcji Ojca Bill’a”


Fot. 1 Sanktuarium Cudownego Medalika, Entebbe

„Jesteś szczęśliwa?” Na pewno zadałby mi to pytanie zaraz po powitaniu. Rok po śmierci Ojca Bill’a na lotnisku w Entebbe przywitał nas Ojciec Antoni, który w ślad za Ojcem Bill’em uczestniczy w ewangelizacji i nowej ewangelizacji głosząc rekolekcje „Usłyszeć, zobaczyć, dać świadectwo Jezusowi”. Kiedy dotarliśmy do domu rekolekcyjnego, w którym zamieszkaliśmy na czas naszego pobytu było już późno, zatem dopiero następnego ranka Misjonarze przewieźli nas do Sanktuarium Cudownego Medalika gdzie uczestniczyliśmy w Mszy św. Wcześniej jednak każdy z nas spełnił potrzebę serca, aby „przywitać” się z Ojcem Bill’em i modlić przy jego grobie. Zawsze prowadził nas do Pana Jezusa i teraz również nasze „spotkanie” z Ojcem Billem odbyło się w obecności Pana Jezusa podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. Oczywiście płynęły łzy radości, wdzięczności, tęsknoty i żarliwej modlitwy.


Fot. 2 Grób Ojca Bill’a wewnątrz Sanktuarium, Entebbe

Muszę przyznać, że tegoroczna podróż była doświadczeniem „rozmowy” w innym języku – języku obrazów, które mówiły do mnie na sposób biblijny i rekolekcyjny. Dotarliśmy nawet do Nieba i z powrotem w dwa dni, tyle, bowiem zajęło nam dojechanie i powrót z Entebbe do miasta Gulu, którego nazwa w lokalnym języku oznacza właśnie „Niebo”. W tym mieście umarł w ubogich warunkach Ojciec Bill. „Niebo”, tam w Gulu, było Mszą św. wśród zranionych dzieci, młodocianych kilkunastoletnich matek, wśród przyjaciół, koordynatorów rekolekcji, w szpitalu wśród chorych i koczujących pod drzewami oczekującymi na leczenie.

Fot. 1 Dzieci z Ośrodka św. Moniki, Gulu

Fot. 2 Trochę starsze dzieci tańczące wraz z siostrami Sacre Coeur w ośrodku św. Moniki, Gulu

Do Gulu dotarliśmy pierwszego dnia wieczorem po ośmiu godzinach podróży. Zatrzymaliśmy się w Ośrodku św. Moniki gdzie Siostra Rosemary, laureatka nagrody Bohaterowie CNN, opiekuje się grupą „matek-dzieci” i „dzieci-żołnierzy”. To właśnie tu Ojciec Bill spędził ostatnie dni swego życia. Wśród odrzuconych, skrzywdzonych dziewcząt i ich dzieci. Wśród ofiar rebeliantów LRA, którzy od dwudziestu lat brutalnie porywali dzieci wcielając je do swojej armii, mordując, gwałcąc. /www.stmonicagulugirlsrelief.org/id4.html (opis jej pracy).
Ojciec Bill mieszkał w małym skromnym budynku, który został wybudowany jako pierwsze przedszkole. Miał do dyspozycji inne, bardziej godziwe warunki, wybrał jednak ten prosty domek, a na emeryturze pragnął zamieszkać jeszcze prościej jak widać na fotografii poniżej.


Ostatnie mieszkanie Ojca Bill’a na ziemi. Tak pragnął mieszkać na emeryturze.

Tym razem podczas „katechezy” Ojca Bill’a nie usłyszeliśmy żadnych słów. Działały na nas jedynie obrazy i głębokie poruszenie współczującego serca. Jak echo w różnych rozmowach padało pytanie „dlaczego właśnie to miejsce mieliśmy poznać?” W myślach rodziły się pytania o woluntariat, adopcje, różne rodzaje wsparcia, o ludzką solidarność i wrażliwość. Wiem, że te myśli będą dojrzewać, bo przecież nieprzypadkowo znalazłam się w miejscu, którego sama nigdy bym nie wybrała jako cel podróży. Jedna jasna odpowiedz to zachęta, aby nie ustawać w kontynuacji Rekolekcji Ojca Bill’a, przez które Pan Jezus przemienia serca na całym świecie, tak w Afryce jak i w Europie. Jedne serca ewangelizuje, a drugie odnawia i uzdrawia.
W drodze powrotnej, jak przystało na kraj afrykański, spotkaliśmy po drodze stadko koczkodanów. Choć ta dygresja może się wydawać mało misyjna, to jednak dla tych, którzy byli już na rekolekcjach Ojca Antoniego będzie dobrą ilustracja pewnej opowieści o zdrowych instynktach małego małpiątka uciekającego przed wężem.


Fot. Rodzinka koczkodanów niedaleko mostu przez Nil

Zresztą, przecież porównania Ojca Bill’a bywały również egzotyczne, a mimo to przemawiające podobieństwem ludzkich doświadczeń. Pamiętacie historyjkę o tej kobiecinie, która na głowie dźwigała kosz? Po drodze podwiózł ją ktoś ciężarówką, żeby jej było lżej, ale ona, choć siedziała w samochodzie nadal trzymała kosz na głowie?


Fot. Afrykańczycy noszący swoje ciężary na głowach

Ileż to innych treści rekolekcyjnych wywoływały te afrykańskie obrazy. Natura też wiele mówi, choć bez słów. Czyż patrząc na obfitość ziaren, nie łatwiej zrozumieć…..”Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6,38).

Moje spotkanie z obrazami i przemawianie w tym języku miało swój wstęp kilka tygodni wcześniej w Paryżu. Tuż przed wyjazdem do Ugandy, podczas innej podróży, w Luwrze widziałam obraz przedstawiający Ofiarowanie Pańskie, w którym mali ministranci przyglądają się parze synogarlic choć obok mają miejsce wydarzenia doniosłe. Są w Bożej obecności, choć na dziecięcy sposób. Trochę tak jak każdy z nas koordynatorów rekolekcji, zajęci swoimi sprawami, kiedy Ojciec Bill mówił : „ty zorganizuj następne rekolekcje”. Jak wynika ze świadectw, każdy z nas podejmował to zadanie z oporem i w mocnym trybie rezerwowym, bo nie łatwo jest ofiarować „swój” czas. Niełatwo odwrócić wzrok od absorbujących spraw życia codziennego – od pary synogarlic, wznieść serce do Pana i służyć nie zaniedbując normalnych spraw życia rodzinnego.


Fot. Dzieci podczas rekolekcji w Masaka Uganda, III 2009

Czas naszego pobytu zbiegł się z wizytacją kanoniczną, zatem oprócz możliwości uczestniczenia w uroczystej Mszy św. sprawowanej z okazji pierwszej rocznicy śmierci Ojca Billa, mieliśmy okazję poznać Prowincjała Zgromadzenia z Indii oraz wielu misjonarzy pracujących w Afryce Wschodniej. Uwagę zwracał apostolski optymizm, codzienne poczucie humoru i zapał w pracy codziennej, a nieraz całodobowej.
Na wspólną Mszę św. sprawowaną w pierwszą rocznicę śmierci Ojca Bill’a zebrali się, Biskupi Przełożeni Zgromadzenia, Ojcowie z różnych domów misyjnych, uczestnicy rekolekcji Ojca Bill’a, parafianie oraz nasza grupa organizatorów rekolekcji głównie z Europy i Stanów Zjednoczonych. Kazanie wygłosił Nuncjusz Apostolski Paul Tschang In-Nam. Nawiązując do przypowieści o Synu Marnotrawnym, Nuncjusz przypomniał nam, że Ojciec Bill był niezwykłym kaznodzieją, który pomógł wielu z nas odnaleźć drogę do domu Ojca. Przypomniał, że Ojciec Bill najpierw sam doświadczył łaski uzdrowienia, a później otrzymał również dar uzdrawiania. Kazanie było też dobrą sposobnością do przypomnienia nauczania kościoła na temat właśnie tego charyzmatu i posługi. Nuncjusz zacytował dokument Kongregacji Nauki Wiary, o nauczaniu kościoła odnośnie modlitwy o uzdrowienie. Myślę, że warto ten temat sobie przypomnieć, więc przytaczam ten fragment. Całość tekstu można łatwo znaleźć w Internecie.


Fot. 1 Nuncjusz Apostolski, Biskup Kagwa, Ojciec James Prowincjał z Indii


Fot. 2 Ojciec Antoni z Nuncjuszem Apostolskim

„Charyzmat uzdrawiania” nie jest dany jakiejś określonej kategorii wiernych. Jest czymś bardzo oczywistym, że św. Paweł, chociaż przedstawia różne charyzmaty w 1 Kor 12, to nie przypisuje daru „charyzmatu uzdrawiania” szczególnej grupie, czy to apostołom, czy prorokom, czy uczniom, czy tym, którzy sprawują władzę, lub też innym; co więcej, mówi o innej logice, która kieruje ich udzielaniem: „Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch udzielając każdemu tak, jak chce” (1 Kor 12,11). Zatem w spotkaniach modlitewnych organizowanych celem wyproszenia uzdrowień byłoby całkowicie arbitralne przypisanie „charyzmatu uzdrawiania” jakiejś kategorii uczestników, na przykład animatorom grupy; pozostaje tylko zdać się na wolną wolę Ducha Świętego, który udziela niektórym specjalnego charyzmatu uzdrawiania, aby okazać moc łaski Zmartwychwstałego. Z drugiej strony, dzięki modlitwom najbardziej usilnym nie otrzymujemy uzdrowienia ze wszystkich chorób. W ten sposób św. Paweł musi nauczyć się od Pana, że „wystarczy ci Mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9), i że znoszenie cierpienia może mieć jako sens także to, że „dopełniam braki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24).
Dzień przed powrotem mieliśmy również szczególny przywilej uczestniczenia w poświęceniu nowego kościoła w Centrum Rekolekcyjnym Bożego Miłosierdzia w Masaka. Kamień węgielny pod to centrum położył Ojciec Bill. We wpisie do Księgi Gości dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do tego, aby ten projekt mógł stać się rzeczywistością.

Fot. 1 Wpis Ojca Bill’a do księgi gości


Fot. 2 widok roztaczający się ze wzgórz w Masaka, na którym budowane jest Centrum Rekolekcyjne

Jak wspominał Ojciec Antoni podczas ubiegłorocznych rekolekcji, Kościół Bożego Miłosierdzia, który jest już gotowy w stanie surowym, powstał głównie dzięki ofiarom z Polski. Tym bardziej, z wielką radością dzielę się tymi zdjęciami, które pokazują ogromny postęp prac w porównaniu z rokiem ubiegłym. Wyjaśnię, że jest to szczególne osiągnięcie gdyż na wzgórzu gdzie powstaje Centrum Rekolekcyjne nie ma linii prądu elektrycznego (misjonarze korzystają z energii słonecznej), ani wody (do zbiorników odprowadza się wodę deszczową). Ponadto znalezienie dobrych wykonawców jest również nie lada wyczynem.



Fot. Kościół Bożego Miłosierdzia w Masaka

Centrum, od kiedy istnieje, tętni praca duszpasterską choć budynki jako takie są dopiero w budowie. Ludzie przychodzą tu na rekolekcje i czuwania i trwają na modlitwie i słuchaniu Słowa Bożego w warunkach całkiem polowych, zebrani pod prymitywnym zadaszeniem. Patrząc na ta modlitwę, biblijne porównania same przychodzą do głowy. Ileż to kazań, na rozmaitych górach wygłosił przecież Pan Jezus?

Fot. 1 Dom księży w Masaka oraz zadaszenie, w którym obecnie już odbywają się rekolekcje

Uczestnicząc i obserwując ich modlitwę dostrzegałam przeróżne podobieństwa. Spowiedź w warunkach polowych, spanie w prowizorycznych namiotach, przecież to brzmi znajomo…..to nic innego jak nasze sierpniowe pielgrzymowanie na Jasna Górę, które na pewno dla postronnych obserwatorów „trąci” egzotyką katolicka, choć tak naprawdę jest zaangażowaniem ciała w modlitwę i wiarę. Choć życie wiarą rozgrywało się tu w innych warunkach kulturowych i ekonomicznych, to przecież te różnice nie stanowiły muru, a wręcz przeciwnie, jeszcze wyraźniej ukazywały, że wszyscy żyjemy tym samym duchem Ewangelii.

Wiara trwa i rozwija się ponadkulturowo, a proces głoszenia Dobrej Nowiny nawet w tym wymiarze pierwotnym nadal trwa. Istnieje wiele kultur znających wiarę od tak dawna, że trzeba je na nowo ewangelizować, bo spoganiały i skostniały, ale są również kultury, które nie słyszały jeszcze o Chrystusie, albo Go dopiero poznają. Uganda ma swoich męczenników za wiarę, których ćwiartowano i palonych żywcem zaledwie 130 lat temu.

Fot.1 Pomnik upamiętniający męczenników ugandyjskich, których palono żywcem


Fot. 2 Wnętrze Sanktuarium Męczenników

Dla nas w dużej mierze to historia sprzed tysiąca lat, choć oczywiście i współcześnie kościół nadal spotykają prześladowania aż do przelania heroicznej krwi świętych. Jednak doświadczenie wiary w kościele 130 letnim, było swoistym cofnięciem się do wieków minionych i doświadczeniem ciągłości wiary, która pulsuje, przycicha, doznaje odrodzenia, jest prześladowana, ale trwa od tysiącleci.
Zadaję sobie pytanie czy jest w tej młodej wierze ugandyjskiej coś z ducha pierwszych wspólnot chrześcijańskich? Oczywiście od razu przyjmuję poprawkę na naturalna idealizację, powierzchowność obserwacji i własny podziw dla takich wspólnot. Z rozmów z Misjonarzami wynikało przecież, że parafianie wcale nie są idealni, że zdarza się interesowność, nieuczciwość. Jednak na dwudniowe rekolekcje przed poświęceniem kościoła ktoś przyprowadził woła, którego zabito na wspólny posiłek następnego dnia. Resztę dołożyli Misjonarze, tak więc po wspólnej Eucharystii wszyscy uczestnicy, a było tam około 700 osób wspólnie posilili się, zanim wyruszyli w drogę powrotną. Wyobrażam sobie, że tak właśnie postępowały pierwsze wspólnoty chrześcijańskie dzieląc się swoimi dobrami.


Fot. Po poświęceniu kościoła w Masaka, Uganda III 2009 „….wy dajcie im jeść”

Rozumiem, że każda Msza św. jest bezcenną, uroczysta ofiarą, choć nie musi przebiegać w odświętnej atmosferze. Ludzkie doświadczenie podpowiada też, że nawet odświętność może się przecież znudzić i nie we wrażeniach jest główny sens i treść zaangażowania w modlitwę. Niemniej jednak gorliwość misjonarzy, piękno modlitw i gestów eucharystycznych niejednokrotnie wyjaśnionych podczas codziennych rekolekcji odprawianych w Entebbe były dla mnie tym doświadczeniem umocnienia przez wiarę. Jak mawiał Ojciec Bill, kiedy wzrasta wiara, umacnia się dusza, a wraz z nią również ciało i cały człowiek. Tak więc doświadczenie modlitwy w Afryce pokazało mi znów wyraziście, jak bardzo potrzebuję „pustyni w mieście”(książka Carlo Caretto), bo przecież nie wyprowadzę się teraz do Afryki, ani nie rozbiję trzech namiotów na ”mojej” Górze Tabor, pomijając codzienność i podstawowe życiowe powołanie.
Na zakończenie podzielę się jeszcze kilkoma myślami z nauki o apostołach świeckich, którą wygłosił nam Ojciec James – Prowincjał z Indii na podstawie Christifideles Laici i Lumen Gentes. Ojciec przypomniał , że głoszenie Słowa Bożego nie zawsze musi odbywać się za pośrednictwem słów gdyż nieraz sposób życia mówi więcej o Królestwie Bożym niż słowa. Jesteśmy powołani, aby naszym życiem świadczyć o Chrystusie, jednak najpierw musi nas przemienić Słowo Boże, bo tylko wtedy będziemy autentyczni. Będziemy żyć tym co usiłujemy głosić, pamiętając, że „… gdy wykonacie wszystkie dane wam nakazy: „Jesteśmy sługami bezużytecznymi. Wykonaliśmy to, co było do wykonania jako nasz obowiązek””. Lk 17, 10